Andrzej Mikołaj Sobolewski – w rocznicę śmierci
Czwartek Kwiecień 30th 2009, 12:20
Opublikowano w: Teoria |

1 maja mija dziesiąta rocznica śmierci Andrzeja Mikołaja Sobolewskiego – wybitnego artysty i naszego przyjaciela.

(czytaj cały artykuł)


ZAPIS DROGI ALFREDA ASZKIEŁOWICZA
Wtorek Luty 17th 2009, 14:36
Opublikowano w: Teoria |

Postrzeganie świata obejmuje zapewne dwie, pozornie ekstremalne, wykluczające się sfery – abstrakt i konkret, a w sztuce (jeżeli trak­to­wać zapis uczuć i myśli artysty na prawach estetycznego lub też filozoficznego komuni­ka­tu) dwa sposoby ekspresji – surrealizm i nie­mal fotograficzny – realizm. Zderzenie tych dwóch sfer prowadzi do odkrywania świata, nie fragment po fragmencie, w sposób wykalkulowany, z rozmysłem, a raczej nie­spo­dziewanie i ostro, nagle, w mocnym błysku iluminacji.
Nie znaczy to oczywiście, ze ktoś kto pokusi się o zapis tych ekstremalnych, czasami intuicyjnych, spontanicznych wizji pozwala sobie na „wszystko”. Prze­ciw­nie, wydaje się bowiem, że chociaż u podstaw artystycznego zapisu leży rzeczywiście emocja – to odbiorca (w przeciwieństwie do twórcy) widzi już tylko jej odległy efekt, rodzaj zapisu będącego niepowtarzalnym „dokumentem” drogi jaką należy pokonać by tę emocję „oswoić”, przetworzyć, poddać weryfikacji, kontroli umysłu i wiedzy, intelektu twórcy.
Emocja stanowi zatem pewnego rodzaju punkt wyjścia do analizy świata widzianego przez pryzmat osobowości artysty, który ulegając przede wszystkim potrzebie poznawania swego „Ja”, swego wnętrza, eliminuje wszystkie obce, niepokojące elementy zmierzając ku porządkowi, prostocie, być może nawet – ascezie.

Bez tytułu – olej Bez tytułu – olej Bez tytułu – olej Bez tytułu – olej

(czytaj cały artykuł)


Rozważania „w temacie” pleneru
Środa Luty 11th 2009, 14:42
Opublikowano w: Teoria |

Współczesny miłośnik malarstwa, grafiki, czy rzeźby termin „plener” odbiera dość powierzchownie, w odniesieniu do estetyki i historii sztuki dziewiętnastowiecznej, a przede wszystkim – w kontekście malarstwa impresjonistów, którzy jako pierwsi opuścili pracownię, tradycyjne atelier, aby tworzyć „na wolnym powietrzu”, w pejzażu, czyli jak mawiał z lekkim odcieniem ironii jeden z bohaterów pamiętnego filmu M. Piwowskiego – „w pięknych okolicznościach przyrody”.
Malowanie „en plein air”, a więc bezpośrednio z natury zaczęto bardzo szybko postrzegać jako (niewątpliwie nobilitujący artystę) wyraz zachwytu nad doskonałością i pięknem świata, nad porządkiem i harmonią, ładem panującym w świecie „nieskażonej” przyrody, która miała (zgodnie z tym dość konwencjonalnym rozumieniem) pozostawać „niewyczerpanym źródłem inspiracji” dla „wrażliwego i subtelnego” artysty.
Nie znaczy to oczywiście, że tworząc pejzaże, utrwalając fragmenty architektury i sceny rodzajowe na płótnie – koncentrowano się tylko na dokumentowaniu, portretowaniu konkretnych miejsc i zdarzeń, zapisie niepowtarzalnego nastroju, czy subiektywnie odbieranej atmosfery, klimatu „niezwykłości” lub „tajemniczości”, tak typowego dla post romantycznego, czy modernistycznego postrzegania świata.
Doświadczenia nowoczesnej, eksperymentującej i poszukującej nowych środków ekspresji sztuki – zweryfikowały i zdemaskowały umowność tradycyjnej terminologii, podobnie jak zweryfikowały istotę podstawowego środka komunikacji, jakim nadal pozostaje dzieło, zapis myśli, emocji artysty. Konwencjonalny odbiór słowa „plener” okazał się zatem co najmniej nieaktualny, żeby nie powiedzieć po prostu – naiwny.
Czas spontanicznych „zachwytów” nad naturą minął zapewne bezpowrotnie wraz z upadkiem autorytetów, systemów uznanych wartości, akceptowanych powszechnie kanonów piękna, opartego na ładzie i harmonii. Nastał czas obrazoburczych gestów, demonstrowania niepowtarzalności własnego, subiektywnego widzenia świata, własnej twórczej indywidualności, czas uporczywych poszukiwań, eksperymentów formalnych, podejmowanych nawet za cenę utraty popularności, czy tak zwanej „akceptacji społecznej”.
Tak bardzo krytykowane (przy okazji modnych w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia prezentacji prac „młodych dzikich”, młodych ekspresjonistów) słowa, odbierane na prawach manifestu, artystycznego crèdo całego pokolenia „Moja akcja to kreacja” – nabrały zatem szczególnie wyrazistego znaczenia.
Tak, więc dla artysty najbardziej interesującym doświadczeniem okazuje się spotkanie z drugim, mającym własny, rozpoznawalny świat – artystą, wejście w owo „kolisko monologów” powstałe niezależnie od tak zwanych „pięknych okoliczności przyrody”.
Dialog lub nawet zbiór monologów (nie jest bowiem tajemnicą, że pięknoduch – „Artycha” kocha jedynie trafne i niepowtarzalne „widzenie świata” czyli swoje własne), wymiana opinii, poglądów – wszystko to staje się źródłem inspiracji dla uczestników pleneru, którzy zdecydowanie bardziej zainteresowani wydają się być tym co dzieje się „wewnątrz”, niż „wokół”.
Tak, więc plener to nie tylko wyjście w przestrzeń, w pejzaż, w kawałek architektury miasta. To przede wszystkim spotkanie, zderzenie różnych, wyraźnie sprzecznych lub może nawet niekiedy wykluczających się nawzajem postaw, to swoisty „tygiel” pełen rozmaitych emocji, charakterów, koncepcji, tygiel w którym rozmowa, pojedynek rytualny na obrazy, deklaracje, programy i słowa - okazuje się wartością najwyższą.
(czytaj cały artykuł)


Potencjał twórczego naśladownictwa
Poniedziałek Lipiec 14th 2008, 10:26
Opublikowano w: Teoria |

Potencjał twórczego naśladownictwa

Rafał Boettner-Łubowski

Kiedy mowa o sztuce, słowo naśladownictwo może wzbudzać w nas dość niejednoznaczne emocje. Mówi się oczywiście o naśladowaniu dobrych i szlachetnych wzorców czy postaw, ale z drugiej strony wielu z nas myśli, że dzieło naśladujące coś, co istniało wcześniej jest pozbawione istotnej wartości i, pozytywnie rozumianej, twórczej autonomii. Negatywny stosunek wobec artystycznego naśladownictwa, tak charakterystyczny dla XX-wiecznych postaw awangardowych, obecnie nie powinien jednak przesądzać o naszym negatywnym stosunku wobec dzieł, które zapożyczają, cytują, czy też, wbrew awangardowym nakazom oryginalności, powtarzają dawne motywy, style czy też inne „wizualne” rozwiązania i preferencje.
Wbrew powszechnym uprzedzeniom wobec kwestii naśladownictwa w sztuce, możemy obecnie zauważyć sytuacje, kiedy współczesne realizacje z kręgu sztuk wizualnych, w bardzo dosłowny sposób powielają wcześniejsze wzorce, choćby na zasadzie wspominanego już kopiowania określonych motywów czy elementów, stając się jednocześnie bardzo ciekawymi i godnymi uwagi wypowiedziami twórczymi. Dzisiaj, po tak wielu przewartościowaniach i rewizjach, jakie dokonały się w swoim czasie w obrębie postmodernistycznej przemiany, nie tyle kwestia samego naśladownictwa, pozbawiającego dzieło absolutnej oryginalności formy, decyduje o jego wartości, czy też raczej jej braku. Wszystko zależy tu bowiem od osobowości artysty, rangi jego twórczej koncepcji, czy też potencjalnych treści i refleksji, jakie jego dzieło może uaktywniać u grona swoich odbiorców.
Jako teoretyk sztuki i artysta jestem głęboko przekonany o prawdziwości tych słów. Wiele moich własnych prac rzeźbiarskich bardzo często odnosiło się i odnosi się nadal do tak pojmowanego stosunku wobec kwestii naśladownictwa. W 2006 roku stworzyłem na przykład bardzo ważną dla mojej twórczości realizację rzeźbiarską zatytułowaną „Anámnēsis?”. Była ona zbudowana z dwóch, zasadniczych części, które w moim zamierzeniu miały ze sobą toczyć swoisty dialog. Pierwsza z nich to gipsowe kopie antycznej kobiecej głowy, ułożone w odpowiednim porządku na białym ekranie, umieszczonym na płaszczyźnie podłogi galeryjnego wnętrza. Druga z kolei, to cyfrowa animacja, która przedstawiała ten sam grecki wizerunek, tym razem jednak o zmienionej barwie z białej na woskowo-cielisty odcień koloru. Wizerunek ten nieustannie zmieniał swą ostrość, w pewnym sensie „oddychał”. Wrażenie to starałem się podkreślić, dołączając do cyfrowo uzyskanego obrazu dźwięk kobiecego oddechu. Istotny był tu również podpis-inskrypcja „Anámnēsis?”, który stawał się także tytułem całej mej realizacji. (czytaj cały artykuł)


Sztuka a potencjał nowych mediów
Wtorek Czerwiec 10th 2008, 10:57
Opublikowano w: Teoria |

Sztuka a potencjał nowych mediów

Rafał ŁubowskiWspółcześnie, jesteśmy świadkami zwycięstwa ikonolatrii (adoracji obrazów) nad tekstulatrią (adoracją tekstu). Co więcej, żyjemy w czasach, w których mamy do czynienia ze swoistą nadprodukcją obrazów, zarówno tych tradycyjnych, jak i tych generowanych na drodze niekonwencjonalnych praktyk artystycznych. W przestrzeni współczesnej ikonolatrii doskonale mieszczą się obrazy elektroniczne, przynależne do sztuki tzw. nowych mediów. Pojęcie nowych mediów, choć powszechnie współcześnie używane, nie jest jednak pojęciem o precyzyjnym zakresie znaczeń. Warto tu przytoczyć kilka jego definicji. I tak na przykład Karol Jakubowicz stwierdza, że: „nowe media to wszelkie techniki pozyskiwania, utrwalania, przetwarzania i transmisji informacji, danych dźwięku i obrazu, wynalezione i wprowadzone do użytku później, niż telewizja tradycyjna”.1 Z kolei Andrzej Gwóźdź, rozwijając wcześniejszą definicję, zauważa, że nowe media: „wykorzystują cyfrowe (nieciągłe, oparte na opozycjach binarnych) kodowanie sygnału […] w miejsce kodowania analogowego (ciągłego, opartego na podobieństwie) [oraz] przechowują […] informacje na nośniku magnetycznym, a nie — jak film czy tradycyjna fotografia — na nośniku fotochemicznym”.2 Natomiast Ronald E. Rice proponuje jeszcze inną definicję nowych mediów, pisze on, że nowe media to: „te technologie komunikacyjne, zwykle oparte na komputerze, które umożliwiają lub ułatwiają interaktywność między użytkownikami lub między użytkownikami a informacją”.3
Niestety, wśród przedstawicieli współczesnej teorii sztuki panuje często skłonność do zbyt entuzjastycznych ujęć zagadnień związanych ze sztuką mediów elektronicznych. Często niemalże każda realizacja nowomedialna wzbudza euforyczne opinie tylko dlatego, że przynależy ona do niekonwencjonalnego kręgu ujęć i rozstrzygnięć „czysto” technologicznych. Czyżby zatem tylko zaawansowana technologia decydowała tu o wartości ocenianych w ten sposób wypowiedzi artystycznych?
Rzeczywiście, potencjalnie nowe media, dają współczesnemu artyście nieograniczone wręcz możliwości wyrazu. Niewątpliwie nowomedialne realizacje zmieniły bardzo wiele w naszym pojmowaniu i odbiorze sztuki. Jak przypomina Krystyna Wilkoszewska: „jeśli chodzi o artystę, to podkreśla się [wielokrotnie] istotne przesunięcia w rozumieniu [samego] procesu twórczego, w którym uczestniczy maszyna inteligentna, na wielu płaszczyznach prześcigająca możliwości człowieka. […] Zmiana procesu wytwarzania oznacza [również] zmianę […] samego dzieła. Przede wszystkim problemem staje się jego podstawa bytowa […] Dzieło multimedialne często „znajduje się” w sferze zwanej virtual reality, gdzie za konkretnością obrazów skrywa się abstrakcyjne królestwo digitalne”.4 Mówiąc nieco prościej, bardzo „realne”, nieraz skrajnie sugestywne obrazy żyć mogą tylko podczas pracy wysokiej klasy elektronicznej aparatury, natomiast po jej wyłączeniu, stają się one martwe, nieobecne, niejako zahibernowane. W końcu są one tak naprawdę przede wszystkim „zapisem zerojedynkowym”, nieposiadającym trwałego, materialnego „ciała”, jakie posiadają zazwyczaj tradycyjne rzeźby czy obrazy. Istotne wydaje się również to, że dzieła cyfrowe, rezygnują także z obowiązku reprezentacji oraz, że ich odbiór jest często interaktywny. Odbiorca może w pewnych przypadkach okazywać się również współautorem takiegoż dzieła, a ono samo może stawać się z kolei jakością, podatną na szeroko rozumiane zmiany i metamorfozy. Być może zatem, można zaryzykować stwierdzenie, że „tożsamość” dzieła cyfrowego nie jest określona w sposób ostateczny i istnieje ona w swoistej sferze płynności i zmienności, co wydaje się szczególnie interesujące, jeśli przyjmiemy ponowoczesną perspektywę oglądu wspomnianego zjawiska. Dzieła cyfrowe mogą działać na różne zmysły (np. słuchu i wzroku jednocześnie), realizując tym samym, w niekonwencjonalny sposób, artystyczne marzenie o syntezie sztuk.
A jednak, nie można powiedzieć, żeby wszystkie dzieła z kręgu nowych mediów były dziełami wybitnymi, czy też ujmując rzecz mniej pompatycznie, dziełami istotnymi, jeśli chodzi o kwestie artystycznych przekazów i sugestii. Jak trafnie zauważa Piotr Zawojski: współczesna postać ikonolatrii, to nic innego jak oddawanie czci obrazom pozbawionym waloru głębi i tajemnicy.5 Wiele dzieł z kręgu nowych mediów, to dzieła przeciętne, które prezentują bardziej zachwyt i fascynację możliwościami samego medium i zaawansowanej technologii, aniżeli adekwatne wykorzystanie owego bogatego medialnego potencjału. Moim zdaniem, współcześnie, dla aktywnego twórcy najistotniejsza wydaje się kwestia adekwatności wyboru medium (czy to tradycyjnego, czy też cyfrowego) w celu jak najlepszego przekazu własnych idei, przeżyć czy przemyśleń na temat rzeczywistości, czy problemów samej sztuki. Jeśli wybory te są nieprzemyślane lub są, tylko i wyłącznie, podyktowane nakazami współczesnych koniunktur artystycznych — wtedy, najczęściej powstać może „chybione”, przeciętne dzieło sztuki. Jest to tym bardziej niepokojące, że media elektroniczne w gestii naprawdę dojrzałego i świadomego wykorzystywanych przez siebie środków artysty mogą stać się cudownym narzędziem, przydatnym do wygenerowania wartościowego, godnego uwagi dzieła, mogącego mieć ogromny wpływ na szeroki krąg współczesnych odbiorców.
Myślę, że poszukiwanie oraz prezentacja ciekawych i, co najważniejsze, intrygujących i wartościowych dzieł z kręgu sztuki nowych mediów — jest ważnym zadaniem współczesnych instytucji artystycznych. Jak podkreślają to współcześni teoretycy sztuki: obecnie wzrasta liczba wystaw poświęconych prezentacji realizacji mediów elektronicznych, chociaż teoretycznie sztuka taka może być dostępna w każdym prywatnym mieszkaniu, to praktycznie — ponieważ wymaga sprzętu o dużej złożoności jak i wysokiej jakości — jedynym sposobem jej doświadczania pozostają [nadal] tradycyjne galerie i muzea.6 W Polsce wiele z galerii coraz częściej posiada niezbędny sprzęt i zaczyna pokazywać sztukę mediów elektronicznych. Między innymi czyni to ostatnio Biuro Wystaw Artystycznych w Pile. Miejmy nadzieję, że aktywność na tym polu przybliży naprawdę wartościowe propozycje sztuki nowych mediów, która zdaje się stać najwyżej, w polskich hierarchizacjach artystycznych postaw i tendencji.

Rafał Boettner-Łubowski

(czytaj cały artykuł)